– Czy byłabyś łaskawa powiadamiać mnie, gdzie zdecydowałaś się udać? – zapytałem szorstko Flory. Popatrzyła na mnie wzrokiem wystraszonego misia koala, cały czas trzymając się jakiegoś obcego chłopaka. Jak uroczo.
– Jeśli masz zamiar dać się złapać, proszę bardzo. Możesz tu sobie zostać i obściskiwać się z tym... Typem. Poczekam w gospodzie. Jutro wyruszamy dalej.
Dziewczyna odskoczyła od chłopaka jak oparzona. Ten zaś zmierzył mnie nieprzychylnym wzrokiem i odezwał się cicho:
– Nie chcę się wtrącać, ale nie wydaje mi się, byś był zbyt uprzejmy.
– I?
– I... Cóż, nieuprzejmość w stosunku do damy raczej nie powinna mieć miejsca.
– Ja nie jestem damą! – wrzasnęła nagle Flora. Obrzuciliśmy ją zdumionymi spojrzeniami. – Ja... Znaczy... To... Mój... Brat! Mój brat i... No...
Dziewczyna rzuciła mi błagalne spojrzenie. Zmusiłem się do wydanie z siebie głosu.
– Przyrodnia siostra.
Flora odetchnęła i wyraźnie poweselała.
– Mam na imię Flora. A pan? – zagadnęła swobodnie faceta, uśmiechając się wdzięcznie. Chwilę się zastanawiał, rzucając mi kolejne niechętne spojrzenie.
– Mawrodij – skłamałem gładko, podając mu rękę.
– Jericho – odwzajemnił uścisk. Zastanowiłem się, czy naprawdę ma tak na imię. A zresztą... Co mnie to obchodzi?
– Co pan tu porabia? – zapytała tymczasem Flora. – Och, wiem, głupie pytanie. Pan przyszedł na targ, prawda?
– Tak, chociaż w sumie tylko na chwilkę. A stragany zaczną otwierać dopiero koło dwunastej.
– Ojej! To za... sześć godzin! – Zmartwiła się. – Hmm, Zima? Może w tym czasie zwiedzimy miasto? – Popatrzyła na mnie z nadzieją.
– Jak chcesz – wzruszyłem ramionami. Flora była niekonsekwentna i skończenie naiwna, ale niech robi, co chce. Nie będę się wtrącać.
Ta zaś zaczęła nawijać o koniu Jericho, następnie o uroku Blackmill i porównywać je do Wellmor. Jericho dzielnie podtrzymywał rozmowę.
Szedłem kilka kroków za nimi, mając oczy dookoła głowy i broń w pogotowiu.
– Teraz chyba pojedziemy na północ, aż do Winterlake! Tak się cieszę, nigdy jeszcze nie widziałam prawdziwej, mroźnej północy.
– To daleko – zauważył Jericho. – I zbliża się zima, będą bardzo niskie temperatury. Może odłożycie podróż na później?
– Nie, absolutnie nie! Nie ma takiej możliwości!
– Dlaczego? Aż tak wam się śpieszy? – zapytał z dziwnym wyrazem twarzy.
Flora się zacukała, nie mogąc wymyślić żadnych logicznych wyjaśnień.
– Chodzi o ślub przyjaciółki Flory – wyręczyłem ją. – Tamci wymarzyli sobie zimne Winterlake. A Flora będzie druhną, musimy zdążyć.
– I poradzicie sobie we dwójkę? Szlaki są coraz mniej bezpieczne – powątpiewał Jericho.
Wtedy, na moje i jego nieszczęście, Flora wpadła na naprawdę „genialny” pomysł.
– A może pojedziesz z nami, panie?
<Jericho? xd>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siergiej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siergiej. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 kwietnia 2014
czwartek, 24 kwietnia 2014
Od Siergieja, C. D. Nicolasa
– Skręcamy – oznajmiłem nagle, robiąc ostry łuk Siwym. Srebrne Usta podążył w moje ślady, coś tam gadając i się śmiejąc. On chyba się nie potrafi zamknąć.
Nie potrafiłem powiedzieć, na ile ten niedźwiedź był prawdopodobny. Z jednej strony coś za nami biegło, to był pewnik. Ale czy niedźwiedź? Równie dobrze to mógł być jakiś zbir albo wilk. Albo nic, tylko chore urojenia pewnego barda.
Jak burza wypadliśmy na trakt. Na szczęście był pusty, to pewnie przez pogodę. Lało cały czas. Zrobiło się paskudne błoto.
– Musimy zwolnić – zawołał Srebrnousty. – Bo się wyrżniemy! Prosto w lepkie macki tej obrzydliwej mazi pod naszymi stopami... Czy raczej pod kopytami naszych rumaków... Dzielnych rumaków...
Bard zamyślił się. I nagle zaczął śpiewać o jakichś rycerzach uciekających przed pościgiem nieubłaganej nocy. Popieprzyło go do reszty.
– Szaleju się najadłeś? – zapytałem z irytacją.
Srebrne Usta roześmiał się. I śpiewał dalej.
Siwy zaczął zwalniać. Niedźwiedź albo nie istniał, albo został w tyle. Raczej nie istniał. Momentalnie poczułem się jak idiota.
– I nie ma misia – zauważył Srebrnousty. – Był miś, był miś i po misiu.
– Taaa.
– I było uciekać? – zapytał z przekąsem bard.
– Tak bezpieczniej – próbowałem się bronić.
– No cóż, mój zimowy towarzyszu! Puśćmy ten incydent w zapomnienie. Ucieczka przed widmowym misiem nie miała miejsca! Dokąd teraz się udamy?
– Do Newford.
– Cóż! Jestem skłonny pojechać z tobą, mój drogi panie Zimo!
Jęknąłem. Srebrne Usta roześmiał się perliście i klepnął mnie po ramieniu.
– Przeżyjesz to, nie martw się. Wiele słyszałem o... Ekhem, kwiatuszkach. Czym wy się zajmujecie?
– Wszystkim.
– To brzmi podejrzanie, Zima!
– Wiem.
– To może inaczej: czym się nie zajmujecie?
Zamyśliłem się.
– Nie kradniemy. Teoretycznie. I nie tkamy.
Bardowi nieco zrzedła mina.
– Przeżyjesz to, nie martw się – powiedziałem z lekko drwiącym uśmiechem.
– Eee... Tak. Znaczy... No... Zima?
– No?
– Dlaczego tak cię nazywają? – wypalił.
– Brat – odparłem krótko. Srebrnousty już otworzył usta, aby pytać dalej, ale rzuciłem mu ostrzegawcze spojrzenie. Zrozumiał.
– A ciebie? – zapytałem po chwili. – Srebrne Usta...
<Nico? Niedźwiedzia buka zjadła ;D>
Nie potrafiłem powiedzieć, na ile ten niedźwiedź był prawdopodobny. Z jednej strony coś za nami biegło, to był pewnik. Ale czy niedźwiedź? Równie dobrze to mógł być jakiś zbir albo wilk. Albo nic, tylko chore urojenia pewnego barda.
Jak burza wypadliśmy na trakt. Na szczęście był pusty, to pewnie przez pogodę. Lało cały czas. Zrobiło się paskudne błoto.
– Musimy zwolnić – zawołał Srebrnousty. – Bo się wyrżniemy! Prosto w lepkie macki tej obrzydliwej mazi pod naszymi stopami... Czy raczej pod kopytami naszych rumaków... Dzielnych rumaków...
Bard zamyślił się. I nagle zaczął śpiewać o jakichś rycerzach uciekających przed pościgiem nieubłaganej nocy. Popieprzyło go do reszty.
– Szaleju się najadłeś? – zapytałem z irytacją.
Srebrne Usta roześmiał się. I śpiewał dalej.
Siwy zaczął zwalniać. Niedźwiedź albo nie istniał, albo został w tyle. Raczej nie istniał. Momentalnie poczułem się jak idiota.
– I nie ma misia – zauważył Srebrnousty. – Był miś, był miś i po misiu.
– Taaa.
– I było uciekać? – zapytał z przekąsem bard.
– Tak bezpieczniej – próbowałem się bronić.
– No cóż, mój zimowy towarzyszu! Puśćmy ten incydent w zapomnienie. Ucieczka przed widmowym misiem nie miała miejsca! Dokąd teraz się udamy?
– Do Newford.
– Cóż! Jestem skłonny pojechać z tobą, mój drogi panie Zimo!
Jęknąłem. Srebrne Usta roześmiał się perliście i klepnął mnie po ramieniu.
– Przeżyjesz to, nie martw się. Wiele słyszałem o... Ekhem, kwiatuszkach. Czym wy się zajmujecie?
– Wszystkim.
– To brzmi podejrzanie, Zima!
– Wiem.
– To może inaczej: czym się nie zajmujecie?
Zamyśliłem się.
– Nie kradniemy. Teoretycznie. I nie tkamy.
Bardowi nieco zrzedła mina.
– Przeżyjesz to, nie martw się – powiedziałem z lekko drwiącym uśmiechem.
– Eee... Tak. Znaczy... No... Zima?
– No?
– Dlaczego tak cię nazywają? – wypalił.
– Brat – odparłem krótko. Srebrnousty już otworzył usta, aby pytać dalej, ale rzuciłem mu ostrzegawcze spojrzenie. Zrozumiał.
– A ciebie? – zapytałem po chwili. – Srebrne Usta...
<Nico? Niedźwiedzia buka zjadła ;D>
wtorek, 22 kwietnia 2014
Od Siergieja, C. D. Sheilrys
– Hmm, Visp? Co ty do niego powiedziałaś? – Położyłem rękę na grzbiecie Siwego, nie mogąc nadziwić się jego spokojowi.
– Żeby się uspokoił – odpowiedziała niepewnie. – Ten koń to wojownik.
– Zauważyłem – mruknąłem z ironią.
Najdelikatniej jak umiałem przejechałem szczotką po boku konia. Nawet nie drgnął. Spróbowałem podnieść jego nogę. Podał bez oporów. Nie reagował nawet na czyszczenie kopyt.
– To tak na długo? – zapytałem z nadzieją. Dziewczyna pokręciła głową.
– Najdłużej do jutra.
– I tak dobrze – odparłem zrezygnowany. Na Siwego najwyraźniej nie można wpłynąć na dłużej, niestety. Interesujący był fakt, że podobno kastracja wpływa łagodząco na charakter koni. Jak Siwy musiał się zachowywać jako ogier? Zgroza. Lepiej się nie zastanawiać.
Miszka gapił się na Visp oczami wielkości spodków.
– W jakim to było języku? – zapytał nieśmiało.
– Język Safiro.
– Ooo, a kto używa tego języka? Bo bardzo mnie ciekawi, skąd znasz...
Niech sobie gruchają. Byłem oczarowany grzecznością Siwego, jego rozluźnieniem i brakiem zwykłej zadziorności. Znalazłem dla niego jabłko i miejsce z najlepszą trawą. Szkoda, że nie mógł się tak zachowywać codziennie. O ile łatwiej moglibyśmy się dogadać!
Całkowicie wbrew sobie, zacząłem czuć cienką nić sympatii dla konia i pewną wdzięczność dla branki. Niesamowite, swoją drogą. Powiedziała do niego zaledwie kilka słów, a ten stał się nagle kochanym końskim pieszczochem. Wygrzebałem w juków jeszcze jedno jabłko. Kto wie, może jeszcze się zaprzyjaźnimy. Siwy to piękne, dzielne zwierzę. Kto wie...
***
Noc minęła spokojnie. Nikt nas nie zaczepiał ani nie atakował. Nikt się też nie pobił, a tylko dwóch się upiło.
Wieczorne rozluźnienie Siwego poszło w zapomnienie. Znowu był sobą – niespokojnym duchem, próbującym podporządkować sobie otoczenie. Dałem mu jeszcze jedno jabłko, z cichą nadzieją na uspokojenie. Koń pożarł owoc, ale się nie uspokoił.
Ruszyliśmy ku Wellmor. Visp jechała w milczeniu na swojej jabłkowitej klaczce, zaś obok niej sunął Miszka, gadając w najlepsze.
Ja i Rogozin wyprzedziliśmy resztę. Siwy tańczył i usiłował ugryźć Rogozińską szkapę. Norma.
– Trzymaj to bydlę, bratan – odezwał się niezadowolony Rogozin.
– Próbuję – odwarknąłem.
– A wczoraj widziałem, że grzeczne...
– Branka uspokoiła.
– Jak?
Wzruszyłem ramionami. Skąd mam wiedzieć? Coś tam wyszeptała i się uspokoił.
– Asal? – zapytał nagle Rogozin. Zastanowiłem się.
– Możliwe. Albo czarownica.
Rogozin raptownie zatrzymał konia i splunął przez lewe ramię.
– Sprowadźcie ją tu, psiakrew! – krzyknął.
Nieciekawa sytuacja. Jeśli dziewczyna jest Asalem, to obawiam się, że zawiśnie na pierwszej lepszej gałęzi...
<Sheila? xd>
– Żeby się uspokoił – odpowiedziała niepewnie. – Ten koń to wojownik.
– Zauważyłem – mruknąłem z ironią.
Najdelikatniej jak umiałem przejechałem szczotką po boku konia. Nawet nie drgnął. Spróbowałem podnieść jego nogę. Podał bez oporów. Nie reagował nawet na czyszczenie kopyt.
– To tak na długo? – zapytałem z nadzieją. Dziewczyna pokręciła głową.
– Najdłużej do jutra.
– I tak dobrze – odparłem zrezygnowany. Na Siwego najwyraźniej nie można wpłynąć na dłużej, niestety. Interesujący był fakt, że podobno kastracja wpływa łagodząco na charakter koni. Jak Siwy musiał się zachowywać jako ogier? Zgroza. Lepiej się nie zastanawiać.
Miszka gapił się na Visp oczami wielkości spodków.
– W jakim to było języku? – zapytał nieśmiało.
– Język Safiro.
– Ooo, a kto używa tego języka? Bo bardzo mnie ciekawi, skąd znasz...
Niech sobie gruchają. Byłem oczarowany grzecznością Siwego, jego rozluźnieniem i brakiem zwykłej zadziorności. Znalazłem dla niego jabłko i miejsce z najlepszą trawą. Szkoda, że nie mógł się tak zachowywać codziennie. O ile łatwiej moglibyśmy się dogadać!
Całkowicie wbrew sobie, zacząłem czuć cienką nić sympatii dla konia i pewną wdzięczność dla branki. Niesamowite, swoją drogą. Powiedziała do niego zaledwie kilka słów, a ten stał się nagle kochanym końskim pieszczochem. Wygrzebałem w juków jeszcze jedno jabłko. Kto wie, może jeszcze się zaprzyjaźnimy. Siwy to piękne, dzielne zwierzę. Kto wie...
***
Noc minęła spokojnie. Nikt nas nie zaczepiał ani nie atakował. Nikt się też nie pobił, a tylko dwóch się upiło.
Wieczorne rozluźnienie Siwego poszło w zapomnienie. Znowu był sobą – niespokojnym duchem, próbującym podporządkować sobie otoczenie. Dałem mu jeszcze jedno jabłko, z cichą nadzieją na uspokojenie. Koń pożarł owoc, ale się nie uspokoił.
Ruszyliśmy ku Wellmor. Visp jechała w milczeniu na swojej jabłkowitej klaczce, zaś obok niej sunął Miszka, gadając w najlepsze.
Ja i Rogozin wyprzedziliśmy resztę. Siwy tańczył i usiłował ugryźć Rogozińską szkapę. Norma.
– Trzymaj to bydlę, bratan – odezwał się niezadowolony Rogozin.
– Próbuję – odwarknąłem.
– A wczoraj widziałem, że grzeczne...
– Branka uspokoiła.
– Jak?
Wzruszyłem ramionami. Skąd mam wiedzieć? Coś tam wyszeptała i się uspokoił.
– Asal? – zapytał nagle Rogozin. Zastanowiłem się.
– Możliwe. Albo czarownica.
Rogozin raptownie zatrzymał konia i splunął przez lewe ramię.
– Sprowadźcie ją tu, psiakrew! – krzyknął.
Nieciekawa sytuacja. Jeśli dziewczyna jest Asalem, to obawiam się, że zawiśnie na pierwszej lepszej gałęzi...
<Sheila? xd>
piątek, 18 kwietnia 2014
Od Siergieja, C. D. Nicolasa
Bard. Wiedziałem, cholera. Ja mam jakieś parszywe szczęście do towarzyszy podróży.
Srebrne Usta chwilę się kręcił, znowu zaczął coś nucić, ale prędko umilkł.
– Słyszałeś? – odezwał się niespodziewanie, wracając do swojego miłego zwyczaju szukania broni po kieszeniach.
– Nie – odparłem znudzonym tonem. – Cały czas gadasz albo śpiewasz.
– Takie jakby sapanie...
– Konie.
– No, miałem na myśli kroki. Czy raczej stąpnięcia, takie ciężkie.
Przyjrzałem mu się badawczo. Wyglądał na zaniepokojonego. Siwy także zaczął się dziwnie zachowywać, zaś jego towarzyszka życia przestała się tulić, tylko kręciła się nerwowo.
– Co to jest? – powtórzył Srebrne Usta. – Wydaje mi się, że lepiej znasz północ ode mnie.
– Wilki albo bandyci. Niedźwiedzi nie powinno raczej być. O tej porze roku... Zgaśmy ognisko – zadecydowałem nagle.
Srebrne Usta prędko zalał ogień wodą. Zacząłem siodłać Siwego. Był zadziwiająco grzeczny; stał nieruchomo jak posąg.
– Co robisz? – zapytał Srebrnousty z głupia frant.
– Siodłaj konia – mruknąłem.
– Nie zostajesz?
– Nie mam broni na niedźwiedzie.
Bard roześmiał się drwiąco.
– Boisz się misiów?
Zmroziłem go wzrokiem i wróciłem do siodłania Siwego. Bard stał nieruchomo.
– Jeśli jesteś taki kozak – dodałem jeszcze lodowatym tonem. – To poczekaj na niedźwiedzia z tym swoim sztylecikiem albo samymi piąstkami. Powodzenia życzę.
Wsiadłem na Siwego i zdjąłem kuszę z pleców, na wszelki wypadek.
<Nico? Kozakujesz czy działasz zgodnie z głosem rozsądku?>
Srebrne Usta chwilę się kręcił, znowu zaczął coś nucić, ale prędko umilkł.
– Słyszałeś? – odezwał się niespodziewanie, wracając do swojego miłego zwyczaju szukania broni po kieszeniach.
– Nie – odparłem znudzonym tonem. – Cały czas gadasz albo śpiewasz.
– Takie jakby sapanie...
– Konie.
– No, miałem na myśli kroki. Czy raczej stąpnięcia, takie ciężkie.
Przyjrzałem mu się badawczo. Wyglądał na zaniepokojonego. Siwy także zaczął się dziwnie zachowywać, zaś jego towarzyszka życia przestała się tulić, tylko kręciła się nerwowo.
– Co to jest? – powtórzył Srebrne Usta. – Wydaje mi się, że lepiej znasz północ ode mnie.
– Wilki albo bandyci. Niedźwiedzi nie powinno raczej być. O tej porze roku... Zgaśmy ognisko – zadecydowałem nagle.
Srebrne Usta prędko zalał ogień wodą. Zacząłem siodłać Siwego. Był zadziwiająco grzeczny; stał nieruchomo jak posąg.
– Co robisz? – zapytał Srebrnousty z głupia frant.
– Siodłaj konia – mruknąłem.
– Nie zostajesz?
– Nie mam broni na niedźwiedzie.
Bard roześmiał się drwiąco.
– Boisz się misiów?
Zmroziłem go wzrokiem i wróciłem do siodłania Siwego. Bard stał nieruchomo.
– Jeśli jesteś taki kozak – dodałem jeszcze lodowatym tonem. – To poczekaj na niedźwiedzia z tym swoim sztylecikiem albo samymi piąstkami. Powodzenia życzę.
Wsiadłem na Siwego i zdjąłem kuszę z pleców, na wszelki wypadek.
<Nico? Kozakujesz czy działasz zgodnie z głosem rozsądku?>
czwartek, 17 kwietnia 2014
Od Siergieja, Quest 10
– Mnie to tam obojętne, panie tego. A nocujcież sobie, gdzie chceta, panie tego. Tam jest stodoła, o, i obórka. Gdzie chceta, powiadam, gdzie chceta. Panie tego.
Wymruczałem jeszcze podziękowania, które chłop zbył machnięciem ręki.
– Dobrej nocy, panie tego – dodał na pożegnanie i odszedł do chaty. Znając życie, zarygluje drzwi na noc. Tutejsi chłopi są bojaźliwi. Zupełnie jak w Winterlake... Ech, dawne czasy.
Siwego wprowadziłem do obórki i zostawiłem na pastwę dwóch łaciatych krów i jednego żwawego kucyka. Nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z towarzystwa. Gdy wychodziłem, próbował ugryźć krowę w nogę.
W stodole było zimno, ale przynajmniej sucho. Rozwaliłem się na sianie, patrząc w sufit. Zimno, bardzo zimno. Zupełnie jak w domu...
21 LAT WCZEŚNIEJ
– Mamo, mogę wyjść ulepić bałwana?
– Sierioża, nie teraz.
– Mamo, proszę...
– Sierioża, popilnuj brata – Matka nie zwracała uwagi na błagalny wzrok syna. – Ja muszę wyjść do pracy.
– A dlaczego tata nie może popilnować Awdieja? – zapytał naburmuszony chłopiec.
– Poszedł rąbać lód.
– A dlaczego Awdiej nie może zostać sam?
– Siergiej. Bez dyskusji – ucięła matka, Snieżana Nikołajewna Karajewowa. – Masz popilnować brata. Jesteś za niego odpowiedzialny, pamiętaj!
– Tak, mamo – Siergiej spuścił głowę i zaszurał nogami. – Jestem za niego odpowiedzialny.
Snieżana pochyliła się nad chłopcem i czule pocałowała go w czoło.
– Obiecuję, synku, że jeszcze będzie mógł chodzić lepić bałwana. Obiecuję.
3 LATA PÓŹNIEJ
Drzwi były uchylone.
– Przygniotła go bryła lodu – wyszeptał wujek Iwan, obejmując łkającą Snieżanę. – Nic nie mogliśmy zrobić...
Snieżana zaczęła łkać jeszcze rozpaczliwiej.
– Mamo? – Do pokoju wsunął się Siergiej, trzymając za rękę przestraszonego Awdieja. Snieżana próbowała przestać płakać, jednak nie mogła. Spadło na nią zbyt ciężkie brzemię.
– Chłopcy... – odezwał się wujek Iwan niepewnie. – Widzicie... Wasz tata...
Nie musiał nic więcej mówić. Siergiej zrozumiał.
Awdiej zaczął płakać.
6 LAT PÓŹNIEJ
– Nie możesz tego zrobić – powiedział Siergiej, z niedowierzaniem wpatrując się w brata. Awdiej zacisnął usta.
– Muszę. Ty też powinieneś. Nie chcą nas tu. Odkąd mama... – przełknął ślinę. Wciąż nie mogli się pogodzić z samobójczą śmiercią matki, chociaż minęło już tyle czasu.
Siergiej spuścił głowę.
– Nie możesz – powtórzył. – To nasz dom. Nasze miejsce.
– Nie, Siergiej, zrozum! Muszę. Musimy. Tutaj jest zimno i źle. I ciężko. Moglibyśmy zacząć nowe życie, zupełnie inne.
– Nasłuchałeś się bajań starych dziadów – skwitował zimno Siergiej. – Jestem za ciebie odpowiedzialny, pamiętasz?
– Wiesz co?! – wybuchnął Awdiej. – Ja rozumiem, dlaczego chcesz tu zostać! Bo jesteś równie lodowaty i skostniały jak wszyscy inni! Jak... Jak zima!
Następnego dnia Awdiej zniknął.
Wymruczałem jeszcze podziękowania, które chłop zbył machnięciem ręki.
– Dobrej nocy, panie tego – dodał na pożegnanie i odszedł do chaty. Znając życie, zarygluje drzwi na noc. Tutejsi chłopi są bojaźliwi. Zupełnie jak w Winterlake... Ech, dawne czasy.
Siwego wprowadziłem do obórki i zostawiłem na pastwę dwóch łaciatych krów i jednego żwawego kucyka. Nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z towarzystwa. Gdy wychodziłem, próbował ugryźć krowę w nogę.
W stodole było zimno, ale przynajmniej sucho. Rozwaliłem się na sianie, patrząc w sufit. Zimno, bardzo zimno. Zupełnie jak w domu...
21 LAT WCZEŚNIEJ
– Mamo, mogę wyjść ulepić bałwana?
– Sierioża, nie teraz.
– Mamo, proszę...
– Sierioża, popilnuj brata – Matka nie zwracała uwagi na błagalny wzrok syna. – Ja muszę wyjść do pracy.
– A dlaczego tata nie może popilnować Awdieja? – zapytał naburmuszony chłopiec.
– Poszedł rąbać lód.
– A dlaczego Awdiej nie może zostać sam?
– Siergiej. Bez dyskusji – ucięła matka, Snieżana Nikołajewna Karajewowa. – Masz popilnować brata. Jesteś za niego odpowiedzialny, pamiętaj!
– Tak, mamo – Siergiej spuścił głowę i zaszurał nogami. – Jestem za niego odpowiedzialny.
Snieżana pochyliła się nad chłopcem i czule pocałowała go w czoło.
– Obiecuję, synku, że jeszcze będzie mógł chodzić lepić bałwana. Obiecuję.
3 LATA PÓŹNIEJ
Drzwi były uchylone.
– Przygniotła go bryła lodu – wyszeptał wujek Iwan, obejmując łkającą Snieżanę. – Nic nie mogliśmy zrobić...
Snieżana zaczęła łkać jeszcze rozpaczliwiej.
– Mamo? – Do pokoju wsunął się Siergiej, trzymając za rękę przestraszonego Awdieja. Snieżana próbowała przestać płakać, jednak nie mogła. Spadło na nią zbyt ciężkie brzemię.
– Chłopcy... – odezwał się wujek Iwan niepewnie. – Widzicie... Wasz tata...
Nie musiał nic więcej mówić. Siergiej zrozumiał.
Awdiej zaczął płakać.
6 LAT PÓŹNIEJ
– Nie możesz tego zrobić – powiedział Siergiej, z niedowierzaniem wpatrując się w brata. Awdiej zacisnął usta.
– Muszę. Ty też powinieneś. Nie chcą nas tu. Odkąd mama... – przełknął ślinę. Wciąż nie mogli się pogodzić z samobójczą śmiercią matki, chociaż minęło już tyle czasu.
Siergiej spuścił głowę.
– Nie możesz – powtórzył. – To nasz dom. Nasze miejsce.
– Nie, Siergiej, zrozum! Muszę. Musimy. Tutaj jest zimno i źle. I ciężko. Moglibyśmy zacząć nowe życie, zupełnie inne.
– Nasłuchałeś się bajań starych dziadów – skwitował zimno Siergiej. – Jestem za ciebie odpowiedzialny, pamiętasz?
– Wiesz co?! – wybuchnął Awdiej. – Ja rozumiem, dlaczego chcesz tu zostać! Bo jesteś równie lodowaty i skostniały jak wszyscy inni! Jak... Jak zima!
Następnego dnia Awdiej zniknął.
środa, 16 kwietnia 2014
Od Siergieja, C. D. Nicolasa
Srebrne Usta. Ciekawie, nie powiem. Jakiś poeta, bard albo inna zaraza.
– Co tu porabiasz, Zima? – gadał tymczasem Srebrnousty. – Ja, na przykład, jechałem tędy absolutnym przypadkiem. I złapała mnie ta okropna ulewa. Psia pogoda, nie ma co! Nienawidzę jesiennej szarugi, jest tak zimno i nieprzyjemnie. Wiosna i lato na przykład to zupełnie inna bajka! Jest wtedy tak pięknie, zupełnie inaczej...
Zauważyłem, że bard coś dziwnego robi z ręką. Jakby co chwila się upewniał, czy jest uzbrojony. Dziwny człowiek. Osobiście postanowiłem się nie maskować i cały czas trzymałem rękę na rękojeści miecza. To nie była bezpieczna okolica, te lasy wokół Norham.
– Gdzie teraz jedziesz, Zima? Ja tam nie wiem, może do Wellmor albo Sunvalley... – Srebrne Usta ciągłą paplaniną chyba próbował ukryć zdenerwowanie. Cały czas czujnie śledził moje ruchy. – No? Gdzie jedziesz?
– Do Newford – odparłem spokojnie.
– Ooo, słyszałem, że tam już się niebezpiecznie robi. Niedźwiedzi coraz więcej, wilków też. No, i słyszałem, że jakieś zbiry się tam osiedliły w którymś opuszczonym zamku, jak im tam było...
– Szkarłatne Kwiaty? – podpowiedziałem usłużnie.
– Tak, tak! Porywają, grabią, gwałcą, kradną, biją, piją... – wyliczał z szybkością procy.
– A to się jełopy rozzuchwaliły, bladź ich mać – przerwałem mu cicho. – W sumie... Rogozin awanturuje się w Greensilver, ja wyjechałem do Blackmill...
– Ty... Ty... znasz... ich...? – Srebrnousty się wyraźnie zaniepokoił.
– Tak, właśnie do nich jadę.
<toś się Nico wkopał ;D>
– Co tu porabiasz, Zima? – gadał tymczasem Srebrnousty. – Ja, na przykład, jechałem tędy absolutnym przypadkiem. I złapała mnie ta okropna ulewa. Psia pogoda, nie ma co! Nienawidzę jesiennej szarugi, jest tak zimno i nieprzyjemnie. Wiosna i lato na przykład to zupełnie inna bajka! Jest wtedy tak pięknie, zupełnie inaczej...
Zauważyłem, że bard coś dziwnego robi z ręką. Jakby co chwila się upewniał, czy jest uzbrojony. Dziwny człowiek. Osobiście postanowiłem się nie maskować i cały czas trzymałem rękę na rękojeści miecza. To nie była bezpieczna okolica, te lasy wokół Norham.
– Gdzie teraz jedziesz, Zima? Ja tam nie wiem, może do Wellmor albo Sunvalley... – Srebrne Usta ciągłą paplaniną chyba próbował ukryć zdenerwowanie. Cały czas czujnie śledził moje ruchy. – No? Gdzie jedziesz?
– Do Newford – odparłem spokojnie.
– Ooo, słyszałem, że tam już się niebezpiecznie robi. Niedźwiedzi coraz więcej, wilków też. No, i słyszałem, że jakieś zbiry się tam osiedliły w którymś opuszczonym zamku, jak im tam było...
– Szkarłatne Kwiaty? – podpowiedziałem usłużnie.
– Tak, tak! Porywają, grabią, gwałcą, kradną, biją, piją... – wyliczał z szybkością procy.
– A to się jełopy rozzuchwaliły, bladź ich mać – przerwałem mu cicho. – W sumie... Rogozin awanturuje się w Greensilver, ja wyjechałem do Blackmill...
– Ty... Ty... znasz... ich...? – Srebrnousty się wyraźnie zaniepokoił.
– Tak, właśnie do nich jadę.
<toś się Nico wkopał ;D>
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Od Siergieja
Ach, ta udertwoodowska jesień! Te nagie, brunatne gałęzie i sterty przegniłych liści pokrywające drogi. Ten unoszący się wszędzie zapach zgnilizny i błota. Ta ciągła, irytująca mżawka. Te podmuchy zimnego wiatru.
I jak tu nie uwielbiać jesieni?
Najlepiej jest, gdy irytująca mżawka zmienia się w ulewę. Och, jesień i jej niezliczone uroki!
Siwy dzielnie kroczył przez błota i przeskakiwał kałuże. Niestety, jego nieskazitelnie biała sierść mocno na tym ucierpiała. Zaś ciągłe stąpanie po rozmiękłej ziemi nie służy kopytom... Trzeba mu znaleźć jakąś stajnię czy szopę i go wysuszyć.
Teren, jak na złość, niezabudowany.
– Podobno konie są w pewnych kwestiach inteligentniejsze od ludzi – mruknąłem, popuszczając wodze. – Prowadź, Siwulcu. Musimy się gdzieś wysuszyć.
Siwy zastrzygł uszami i poczłapał w kierunku drzew. Oczywiście drogę wybrał tak, abym zarobił w głowę gałęzią. Zaraza jedna.
Wlekliśmy się już kwadrans. Zwątpiłem w inteligencję koni.
– Siwy, zlituj się. Czy nie mógłbyś iść trochę szybciej?
Koń prychnął i stanął. Klnąc pod nosem, usiłowałem go zmusić do ruszenia, ale ten uparcie stał. W końcu zsiadłem i przywiązałem go do drzewa. Znajdowaliśmy się na mikroskopijnej polance. Cóż, nie najlepsze miejsce do postoju, jednak na upór Siwego nie ma lekarstwa. Szlag mnie trafia z tym koniem.
Próba rozpalenia ogniska spełzła na niczym. Kulbakę położyłem na kocu, a Siwego zacząłem czyścić zgrzebłem. Nie wiele to dało; mokre błoto tylko ubrudziło szczotkę. Przykryłem Siwego derką, żeby nie zmókł jeszcze bardziej. Koń swoim zwyczajem kręcił się trochę i próbował gryźć, jednak nie zwracałem na to uwagi. Przyzwyczaiłem się.
Nagle Siwy zarżał. Niby nic szczególnego, jednak w pobliżu nie powinno być żadnych koni...
Odpowiedziało mu rżenie. Pojedyncze, czyli jeden jeździec. Albo wóz... Na wypadek wyjąłem miecz i schowałem się w cieniu wielkiego dębu.
Siwy znowu zarżał i zaczął się szarpać. Już było słychać kroki tamtego konia, błoto pluskało pod jego nogami. Po chwili do odgłosu kroków dołączyło się gwizdanie.
Na polanę wjechał brązowowłosy facet, średniego wzrostu i raczej młody. Koń, na którym jechał... Moment, czy to nie ta klacz, z którą Siwy stał na targu?
Siwy rżał i wyrywał się do klaczy. Jakby zapomniał, że jest wałachem. Ta także wyciągała pysk ku Siwemu, cienko rżąc. Jak słodko.
– Cicho, Płoszka, co ci jest? Znasz tego konika? Twój narzeczony? – Mężczyzna roześmiał się i zsiadł, po czym podszedł do Siwego.
– A ty, biedaczku, co tu robisz? Zupełnie sam? Ojej, jaki mokry, jaki biedniutki! Właściciel cię zostawił, maluszku? Tak?
Wyciągnął rękę, chcąc go pogłaskać, ale Siwy kłapnął zębami.
– Masz charakterek, mały! To się nie dziwię, że cię zostawił... O, a tu co mamy? Siodełko? Twoje? O, a może twój właściciel poszedł tylko na chwilę? Chodź, mały, poszukamy go!
– Nie musisz daleko szukać – odezwałem się, wychodząc z ukrycia. Miecz schowałem, mężczyzna wydawał się niegroźny.
Ten roześmiał się perliście i odpowiedział...
<Nicolas? Nie upili się jednak ;D>
I jak tu nie uwielbiać jesieni?
Najlepiej jest, gdy irytująca mżawka zmienia się w ulewę. Och, jesień i jej niezliczone uroki!
Siwy dzielnie kroczył przez błota i przeskakiwał kałuże. Niestety, jego nieskazitelnie biała sierść mocno na tym ucierpiała. Zaś ciągłe stąpanie po rozmiękłej ziemi nie służy kopytom... Trzeba mu znaleźć jakąś stajnię czy szopę i go wysuszyć.
Teren, jak na złość, niezabudowany.
– Podobno konie są w pewnych kwestiach inteligentniejsze od ludzi – mruknąłem, popuszczając wodze. – Prowadź, Siwulcu. Musimy się gdzieś wysuszyć.
Siwy zastrzygł uszami i poczłapał w kierunku drzew. Oczywiście drogę wybrał tak, abym zarobił w głowę gałęzią. Zaraza jedna.
Wlekliśmy się już kwadrans. Zwątpiłem w inteligencję koni.
– Siwy, zlituj się. Czy nie mógłbyś iść trochę szybciej?
Koń prychnął i stanął. Klnąc pod nosem, usiłowałem go zmusić do ruszenia, ale ten uparcie stał. W końcu zsiadłem i przywiązałem go do drzewa. Znajdowaliśmy się na mikroskopijnej polance. Cóż, nie najlepsze miejsce do postoju, jednak na upór Siwego nie ma lekarstwa. Szlag mnie trafia z tym koniem.
Próba rozpalenia ogniska spełzła na niczym. Kulbakę położyłem na kocu, a Siwego zacząłem czyścić zgrzebłem. Nie wiele to dało; mokre błoto tylko ubrudziło szczotkę. Przykryłem Siwego derką, żeby nie zmókł jeszcze bardziej. Koń swoim zwyczajem kręcił się trochę i próbował gryźć, jednak nie zwracałem na to uwagi. Przyzwyczaiłem się.
Nagle Siwy zarżał. Niby nic szczególnego, jednak w pobliżu nie powinno być żadnych koni...
Odpowiedziało mu rżenie. Pojedyncze, czyli jeden jeździec. Albo wóz... Na wypadek wyjąłem miecz i schowałem się w cieniu wielkiego dębu.
Siwy znowu zarżał i zaczął się szarpać. Już było słychać kroki tamtego konia, błoto pluskało pod jego nogami. Po chwili do odgłosu kroków dołączyło się gwizdanie.
Na polanę wjechał brązowowłosy facet, średniego wzrostu i raczej młody. Koń, na którym jechał... Moment, czy to nie ta klacz, z którą Siwy stał na targu?
Siwy rżał i wyrywał się do klaczy. Jakby zapomniał, że jest wałachem. Ta także wyciągała pysk ku Siwemu, cienko rżąc. Jak słodko.
– Cicho, Płoszka, co ci jest? Znasz tego konika? Twój narzeczony? – Mężczyzna roześmiał się i zsiadł, po czym podszedł do Siwego.
– A ty, biedaczku, co tu robisz? Zupełnie sam? Ojej, jaki mokry, jaki biedniutki! Właściciel cię zostawił, maluszku? Tak?
Wyciągnął rękę, chcąc go pogłaskać, ale Siwy kłapnął zębami.
– Masz charakterek, mały! To się nie dziwię, że cię zostawił... O, a tu co mamy? Siodełko? Twoje? O, a może twój właściciel poszedł tylko na chwilę? Chodź, mały, poszukamy go!
– Nie musisz daleko szukać – odezwałem się, wychodząc z ukrycia. Miecz schowałem, mężczyzna wydawał się niegroźny.
Ten roześmiał się perliście i odpowiedział...
<Nicolas? Nie upili się jednak ;D>
środa, 9 kwietnia 2014
Od Siergieja, C. D. Sheilrys
– Tak, tak, szukajmy zatrudnienia u ludzi uczciwych – powtórzyłem z ironią. – Tylko powiedz mi, kto uczciwy potrzebuje najemników?
– Jakaś wioska... Albo tam, gdzie są smoki...
– Czyli gdzie, Rogozin?
Mężczyzna zamilkł i westchnął.
– A masz jakiś lepszy pomysł, Zima? Potrzebujemy forsy. Pil-nie.
– A może... Może sprzedamy dziewczynę? – zaproponował ktoś cicho. Rogozin chwilę się zastanawiał.
– Niezła myśl. Ale komu?
– Na południu są targi niewolników...
– Wspaniały pomysł. Handlarze niewolników, to dopiero uczciwi ludzie – parsknąłem.
Nagle wtrącił się Miszka.
– Może najpierw dajmy jej coś do jedzenia? – zaproponował nieśmiało. – Chyba się obudziła, sprawdzę...
I zanim którykolwiek z nas zdążył w zareagować, chłopak zerwał się z miejsca i wystartował do branki. Rogozin uśmiechnął się znacząco. Zakochany Miszka.
Po chwili chłopak wrócił, dumny jak paw, odkroił solidny kawał pieczeni i w podskokach pobiegł do dziewczyny.
– Możemy ją po prostu oddać władzom miasta – zasugerowałem. – Mogą jej szukać także gdzie indziej... Kradła w Goldencoast, to kto wie, czy nie słyszano o niej i w Wellmor?
– Wellmor, Wellmor... Ty to masz łeb – pochwalił mnie Rogozin. – Może król będzie nas potrzebował... Kto wie?
Chwilę jeszcze milczał, po czym groźnie oznajmił:
– I niech któryś spróbuje ją tknąć!
***
– Jutro z samego rana wyruszamy do Wellmor – poinformowałem brankę, kulącą się pod kocem. Nie zareagowała.
– Jak właściwie masz na imię? – zapytałem. – Nie pytam z ciekawości, możesz powiedzieć cokolwiek. Będzie łatwiej się komunikować.
– Visp – odezwała w końcu niepewnie.
– Zima. Miło mi – odpowiedziałem sucho, odwracając się i zostawiając ją na pastwę Miszki. Temu od razu włączył się słowotok.
Wyjąłem z torby szczotki i podszedłem do Siwego. Podniósł łeb i nieufnie mnie obserwował.
– Cii, Siwy – wymruczałem uspokajająco, kładąc mu rękę na kłębie. Koń prychnął i się cofnął. Kręcił się niespokojnie, gdy usiłowałem go wyczyścić. Raz spróbował mnie ugryźć, ale zdążyłem uciec z ręką.
– Siwy, zarazo, stójże wreszcie – powtarzałem z irytacją. Ten spojrzał mi śmiało w oczy. Tak, spojrzał. Swoją drogą, ten koń z dnia na dzień coraz bardziej przypomina mi człowieka.
Visp zza półprzymkniętych powiek śledziła nasze poczynania, po czym cichutko powiedziała...
<Sheila? Mam nadzieję, że jakoś wykorzystasz swoją „delikatną rękę do stworzeń” c:>
– Jakaś wioska... Albo tam, gdzie są smoki...
– Czyli gdzie, Rogozin?
Mężczyzna zamilkł i westchnął.
– A masz jakiś lepszy pomysł, Zima? Potrzebujemy forsy. Pil-nie.
– A może... Może sprzedamy dziewczynę? – zaproponował ktoś cicho. Rogozin chwilę się zastanawiał.
– Niezła myśl. Ale komu?
– Na południu są targi niewolników...
– Wspaniały pomysł. Handlarze niewolników, to dopiero uczciwi ludzie – parsknąłem.
Nagle wtrącił się Miszka.
– Może najpierw dajmy jej coś do jedzenia? – zaproponował nieśmiało. – Chyba się obudziła, sprawdzę...
I zanim którykolwiek z nas zdążył w zareagować, chłopak zerwał się z miejsca i wystartował do branki. Rogozin uśmiechnął się znacząco. Zakochany Miszka.
Po chwili chłopak wrócił, dumny jak paw, odkroił solidny kawał pieczeni i w podskokach pobiegł do dziewczyny.
– Możemy ją po prostu oddać władzom miasta – zasugerowałem. – Mogą jej szukać także gdzie indziej... Kradła w Goldencoast, to kto wie, czy nie słyszano o niej i w Wellmor?
– Wellmor, Wellmor... Ty to masz łeb – pochwalił mnie Rogozin. – Może król będzie nas potrzebował... Kto wie?
Chwilę jeszcze milczał, po czym groźnie oznajmił:
– I niech któryś spróbuje ją tknąć!
***
– Jutro z samego rana wyruszamy do Wellmor – poinformowałem brankę, kulącą się pod kocem. Nie zareagowała.
– Jak właściwie masz na imię? – zapytałem. – Nie pytam z ciekawości, możesz powiedzieć cokolwiek. Będzie łatwiej się komunikować.
– Visp – odezwała w końcu niepewnie.
– Zima. Miło mi – odpowiedziałem sucho, odwracając się i zostawiając ją na pastwę Miszki. Temu od razu włączył się słowotok.
Wyjąłem z torby szczotki i podszedłem do Siwego. Podniósł łeb i nieufnie mnie obserwował.
– Cii, Siwy – wymruczałem uspokajająco, kładąc mu rękę na kłębie. Koń prychnął i się cofnął. Kręcił się niespokojnie, gdy usiłowałem go wyczyścić. Raz spróbował mnie ugryźć, ale zdążyłem uciec z ręką.
– Siwy, zarazo, stójże wreszcie – powtarzałem z irytacją. Ten spojrzał mi śmiało w oczy. Tak, spojrzał. Swoją drogą, ten koń z dnia na dzień coraz bardziej przypomina mi człowieka.
Visp zza półprzymkniętych powiek śledziła nasze poczynania, po czym cichutko powiedziała...
<Sheila? Mam nadzieję, że jakoś wykorzystasz swoją „delikatną rękę do stworzeń” c:>
wtorek, 8 kwietnia 2014
Od Siergieja, C. D. Deborah
Ledwie przekroczyliśmy próg gospody, Rogozińskie kwiatki zaczęły drzeć ryja o piwo. Jedna z kelnerek pośpieszyła na zaplecze. Prawdopodobnie dopiero co zatrudniona, bo nie mogłem jej rozpoznać, a, za sprawą Rogozina, byłem już stałym bywalcem.
Zamiast piwa przyszła starsza kelnerka, którą znaliśmy już od kilku dobrych lat.
– Piwa nie ma, Jewłogij – oznajmiła spokojnie.
– A wódka, Katiuszka? – zapytał Rogozin ze słodkim uśmiechem. Wyglądało to dość upiornie; Rogozin nie miał kilku zębów, a blizna na jego policzku paskudnie się rozciągnęła.
– Wódka z Winterlake wyszła, ta z Newford też – poinformowała go Katia, wzruszając ramionami. – Nawet miejscowe popłuczyny już wychlano. Było przyjść wcześniej!
– Już nic...? – zapytał Rogozin dramatycznie.
– Wina nie ma, piwo poszło, wódka też. Tylko w apteczce piołunówkę mamy, dużo piołunówki...
– Niech będzie.
Spojrzałem na Rogozina ze zdumieniem. Piołunówkę będzie pił? Na głowę upadł?
Kwiatuszki były nie mniej zaskoczone. Katia także.
– Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – uciął protesty Rogozin. – Nie chceta, nie pijta. Ja was zmuszać nie będę.
Rozległ się pomruk niezadowolenia. Ten wieczór nie będzie należał do spokojnych, pomyślałem.
Na znak Katii chwiejnym krokiem podeszła do nas ta nowa kelnerka, niosąc potężną butlę piołunówki i gliniane kubki. Położyła wszystko ostrożnie na stole. Miała bardzo delikatne ręce, widać nie pracowała w swym życiu zbyt wiele. Była raczej młoda, na oko z szesnaście lat. Twarz cała usiana piegami, włosy popielate, oczy wielkie i zielone. Ani ładna, ani brzydka. Taka nijaka.
Dziewczyna zaczęła powoli rozlewać wódkę do kubków i przysuwać je kwiatuszkom. Silna, ziołowa woń już z daleka uderzała w nozdrza. Kwiatki pociągały nosami i strasznie się wykrzywiały. Kapeć, dopiero co dostał swoją porcję, miał najwyraźniej stępiony zmysł powonienia, gdyż wziął swój kubeczek i wypił duszkiem. Odetchnął i lekko wytrzeszczył oczy.
– Ja pierdolę, ale mocne – wyseplenił, podsuwając kelnerce kubek. – Co się gapisz, dziołcha, dolej!
Jak na komendę wszyscy, łącznie z Rogozinem, roześmiali się i także wypili duszkiem. Ziołami śmierdziało już na całej sali.
– Uch, jest moc! Próbuj, Zima.
– Nie pijam ziołowego gówna – odparłem lodowatym tonem. – Idę zobaczyć, co z Siwym.
Potrzebowałem świeżego powietrza. Od smrodu piołunówki można było się porzygać.
***
Siwy pożerał owies i wyglądał na szczęśliwego. W każdym razie, na pewno mnie nie potrzebował. Nie uczynił także żadnych większych szkód, jedynie dziabnął jednego stajennego w ramię i trochę wierzgał. Nic nadzwyczajnego.
Niechętnie wróciłem do karczmy. Mam nadzieję, że w pokojach jeszcze nie cuchnie...
***
– Co wy tu kurwa mać robicie?! Mało wam dziwek?!
Wrzaski Rogozina niosły się echem po całej gospodzie. W tle szlochała ta nowa kelnerka, usiłując podtrzymać rozerwaną suknię i wtulając głowę w ramię milczącej Katii.
– A co, zabronisz nam? – zapytał podchmielony Kapeć, zerkając z pożądaniem na biedną dziewczynę. – Ty nie lepszy...
Rogozin gwałtownie zbladł. Był w stanie największej furii.
– Zima – powiedział ze złowrogim spokojem. – Pokaż mu, gdzie jego miejsce.
Przywaliłem Kapciowi w zęby, aż go odrzuciło do tyłu. Z wargi leciała mu krew, stracił też kilka zębów. Mimo tego wstał i spróbował uderzyć mnie jednocześnie w głowę i w brzuch. W tym samym momencie na szyi Kapcia uwiesił się z bojowym okrzykiem Miszka. Oburzeni przyjaciele Kapcia poderwali się jak jeden mąż i rzucili na przyjaciół Miszki. Zaczęła się jatka.
<Nie umiem opisywać bójek ;p Deborah?>
Zamiast piwa przyszła starsza kelnerka, którą znaliśmy już od kilku dobrych lat.
– Piwa nie ma, Jewłogij – oznajmiła spokojnie.
– A wódka, Katiuszka? – zapytał Rogozin ze słodkim uśmiechem. Wyglądało to dość upiornie; Rogozin nie miał kilku zębów, a blizna na jego policzku paskudnie się rozciągnęła.
– Wódka z Winterlake wyszła, ta z Newford też – poinformowała go Katia, wzruszając ramionami. – Nawet miejscowe popłuczyny już wychlano. Było przyjść wcześniej!
– Już nic...? – zapytał Rogozin dramatycznie.
– Wina nie ma, piwo poszło, wódka też. Tylko w apteczce piołunówkę mamy, dużo piołunówki...
– Niech będzie.
Spojrzałem na Rogozina ze zdumieniem. Piołunówkę będzie pił? Na głowę upadł?
Kwiatuszki były nie mniej zaskoczone. Katia także.
– Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – uciął protesty Rogozin. – Nie chceta, nie pijta. Ja was zmuszać nie będę.
Rozległ się pomruk niezadowolenia. Ten wieczór nie będzie należał do spokojnych, pomyślałem.
Na znak Katii chwiejnym krokiem podeszła do nas ta nowa kelnerka, niosąc potężną butlę piołunówki i gliniane kubki. Położyła wszystko ostrożnie na stole. Miała bardzo delikatne ręce, widać nie pracowała w swym życiu zbyt wiele. Była raczej młoda, na oko z szesnaście lat. Twarz cała usiana piegami, włosy popielate, oczy wielkie i zielone. Ani ładna, ani brzydka. Taka nijaka.
Dziewczyna zaczęła powoli rozlewać wódkę do kubków i przysuwać je kwiatuszkom. Silna, ziołowa woń już z daleka uderzała w nozdrza. Kwiatki pociągały nosami i strasznie się wykrzywiały. Kapeć, dopiero co dostał swoją porcję, miał najwyraźniej stępiony zmysł powonienia, gdyż wziął swój kubeczek i wypił duszkiem. Odetchnął i lekko wytrzeszczył oczy.
– Ja pierdolę, ale mocne – wyseplenił, podsuwając kelnerce kubek. – Co się gapisz, dziołcha, dolej!
Jak na komendę wszyscy, łącznie z Rogozinem, roześmiali się i także wypili duszkiem. Ziołami śmierdziało już na całej sali.
– Uch, jest moc! Próbuj, Zima.
– Nie pijam ziołowego gówna – odparłem lodowatym tonem. – Idę zobaczyć, co z Siwym.
Potrzebowałem świeżego powietrza. Od smrodu piołunówki można było się porzygać.
***
Siwy pożerał owies i wyglądał na szczęśliwego. W każdym razie, na pewno mnie nie potrzebował. Nie uczynił także żadnych większych szkód, jedynie dziabnął jednego stajennego w ramię i trochę wierzgał. Nic nadzwyczajnego.
Niechętnie wróciłem do karczmy. Mam nadzieję, że w pokojach jeszcze nie cuchnie...
***
– Co wy tu kurwa mać robicie?! Mało wam dziwek?!
Wrzaski Rogozina niosły się echem po całej gospodzie. W tle szlochała ta nowa kelnerka, usiłując podtrzymać rozerwaną suknię i wtulając głowę w ramię milczącej Katii.
– A co, zabronisz nam? – zapytał podchmielony Kapeć, zerkając z pożądaniem na biedną dziewczynę. – Ty nie lepszy...
Rogozin gwałtownie zbladł. Był w stanie największej furii.
– Zima – powiedział ze złowrogim spokojem. – Pokaż mu, gdzie jego miejsce.
Przywaliłem Kapciowi w zęby, aż go odrzuciło do tyłu. Z wargi leciała mu krew, stracił też kilka zębów. Mimo tego wstał i spróbował uderzyć mnie jednocześnie w głowę i w brzuch. W tym samym momencie na szyi Kapcia uwiesił się z bojowym okrzykiem Miszka. Oburzeni przyjaciele Kapcia poderwali się jak jeden mąż i rzucili na przyjaciół Miszki. Zaczęła się jatka.
<Nie umiem opisywać bójek ;p Deborah?>
piątek, 28 marca 2014
Od Siergieja, C.D. Sheilrys
– Niezła jest – ocenił Rogozin. – Ale chuda jak nieszczęście. Nie wiem, bratan. Może jej gdzieś szukają, złodziejki... Przywiąż ją na razie do tamtego drzewa i pilnuj.
Zaniosłem dziewczynę pod wskazane drzewo. Aż szkoda ją przywiązywać, wydawała się taka malutka... Postanowiłem w końcu zignorować nakaz Rogozina i jedynie omotać sznurem jej nogi. Nie za mocno, może jeszcze da radę uciec.
Jednak dziewczyna wcale nie próbowała odzyskać wolności. Skuliła się i siedziała w milczeniu, drżąc. Bała się? Być może niewybredne uwagi i lubieżne spojrzenia „kwiatuszków” ją peszyły, ale żeby aż do tego stopnia...? W końcu, pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz znajduje się wśród takiej ilości nieokrzesańców.
Doszedłem do wniosku, że drży raczej z zimna niż ze strachu. Może być też głodna. Zawołałem Miszkę.
– Koc z juków i wódki – rzuciłem, ruchem głowy wskazując brankę. Miszka w mig pojął i poleciał jak na skrzydłach.
Wrócił po dosłownie pięciu minutach, przyprowadzając nawet konie. Siwy nie znosił towarzystwa innych koni, nie mogłem pojąć dlaczego. Na targu stał całkiem grzecznie (chociaż otaczało go mnóstwo zwierząt!), zaś wierzchowców Rogozina i reszty nie mógł zdzierżyć. Z tym koniem są same problemy...
Odkorowałem manierkę, którą przyniósł Miszka i na wszelki wypadek spróbowałem. Obrzydlistwo. Ten dureń chyba przytargał domową gorzałę Rogozina, bo smakowało gorzej niż końskie szczyny. Splunąłem i oddałem manierkę Miszce.
– Zanieś to cholerstwo Rogozinowi – rozkazałem. Chłopak posłusznie się ulotnił, rzucając jeszcze tęskne spojrzenie dziewczynie. Zignorowała go.
Wyjąłem z torby przy siodle Siwego starkę z Winterlake, moją ulubioną. Leżakowała w dębowych beczkach przez dwadzieścia lat z dodatkiem liści lipowych i była cholernie droga. Podałem dziewczynie manierkę.
– Pij – zachęciłem, widząc jej niepewną minę. – Najlepsza w całym królestwie.
Branka bardzo niepewnie chwyciła manierkę i pociągnęła małego łyczka.
<Sheila? Jak Ci smakowała 50% wódka? xd Przepraszam, że tak krótko>
Zaniosłem dziewczynę pod wskazane drzewo. Aż szkoda ją przywiązywać, wydawała się taka malutka... Postanowiłem w końcu zignorować nakaz Rogozina i jedynie omotać sznurem jej nogi. Nie za mocno, może jeszcze da radę uciec.
Jednak dziewczyna wcale nie próbowała odzyskać wolności. Skuliła się i siedziała w milczeniu, drżąc. Bała się? Być może niewybredne uwagi i lubieżne spojrzenia „kwiatuszków” ją peszyły, ale żeby aż do tego stopnia...? W końcu, pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz znajduje się wśród takiej ilości nieokrzesańców.
Doszedłem do wniosku, że drży raczej z zimna niż ze strachu. Może być też głodna. Zawołałem Miszkę.
– Koc z juków i wódki – rzuciłem, ruchem głowy wskazując brankę. Miszka w mig pojął i poleciał jak na skrzydłach.
Wrócił po dosłownie pięciu minutach, przyprowadzając nawet konie. Siwy nie znosił towarzystwa innych koni, nie mogłem pojąć dlaczego. Na targu stał całkiem grzecznie (chociaż otaczało go mnóstwo zwierząt!), zaś wierzchowców Rogozina i reszty nie mógł zdzierżyć. Z tym koniem są same problemy...
Odkorowałem manierkę, którą przyniósł Miszka i na wszelki wypadek spróbowałem. Obrzydlistwo. Ten dureń chyba przytargał domową gorzałę Rogozina, bo smakowało gorzej niż końskie szczyny. Splunąłem i oddałem manierkę Miszce.
– Zanieś to cholerstwo Rogozinowi – rozkazałem. Chłopak posłusznie się ulotnił, rzucając jeszcze tęskne spojrzenie dziewczynie. Zignorowała go.
Wyjąłem z torby przy siodle Siwego starkę z Winterlake, moją ulubioną. Leżakowała w dębowych beczkach przez dwadzieścia lat z dodatkiem liści lipowych i była cholernie droga. Podałem dziewczynie manierkę.
– Pij – zachęciłem, widząc jej niepewną minę. – Najlepsza w całym królestwie.
Branka bardzo niepewnie chwyciła manierkę i pociągnęła małego łyczka.
<Sheila? Jak Ci smakowała 50% wódka? xd Przepraszam, że tak krótko>
środa, 26 marca 2014
Od Siergieja, C. D. Sheilrys
– Tylko nie próbuj się wyrywać – ostrzegłem półgłosem dziewczynę. – Będzie jeszcze gorzej. Obiecuję.
W odpowiedzi tylko zadrżała. Wyglądała jak siedem nieszczęść – wstrząsały nią dreszcze, błądziła wokół przerażonym wzrokiem. Była niezwykle niska, drobna. I wydawała się też bardzo krucha.
Kapeć podał mi sznur. Starając się nie dać jej szans na ucieczkę, zawiązałem go mocno na jej nadgarstkach. Chude jak patyki...
Przez tłum gapiów przebił się sprzedawca, głośno domagając się sprawiedliwości.
– Przecież zabieramy ją do ratusza – tłumaczył mu Miszka.
– Ale mój chleb, ten najlepszy, pszeniczny! Z najlepszej, południowej...
– Stul dziób – warknąłem w końcu, zirytowany. Oburzony kupiec zamilkł, zaś my powlekliśmy dziewczynę ku rynkowi głównemu Goldencoast. W pewnym momencie z oczu kapnęła jej łza.
– Hej, będzie w porządku – powiedział cicho Miszka, poruszony. Delikatnie musnął jej ramię, chcąc dodać jej otuchy. Odskoczyła jak oparzona.
Na głównej ulicy napotkaliśmy wściekłego Rogozina, który powitał nas naprawdę zachęcającą wiązanką.
– Skurwiele! Psie syny! – wrzeszczał. – Spieprzamy stąd, nie chcę tych cholerników na oczy widzieć!
– Ale złapaliśmy złodziejkę... Zapłata... – powiedział nieśmiało Miszka.
– Jebać zapłatę! Spierdalamy! – wydarł się Rogozin i ruszył zamaszystym krokiem ku gospodzie, w której trzymaliśmy konie. To już musi być poważniejsza sprawa, zazwyczaj Rogozin nie wyrażał się tak lekceważąco o pieniądzach. Szczególnie, gdy był spłukany.
Nie bardzo wiedząc, co zrobić, poszliśmy za nim wraz z oszołomioną dziewczyną. Prawdopodobnie nie była przyzwyczajona do takiej dawki przekleństw za jednym zamachem.
Cała grupa Rogozina czekała już na koniach. Niespokojnego Siwego trzymał stajenny. Koń rżał, tańczył i usiłował się wyrwać. Pomyślałem o czekającej mnie rozprawie z koniem i westchnąłem.
– Macie jakiegoś wolnego dla dziewczyny? – zawołał tymczasem Miszka, spoglądając na nią z troską. Spodobała mu się. Reszcie grupy chyba także, ponieważ zaraz wyprowadzili ze stajni zgrabną, jabłkowitą klaczkę.
Rozciąłem nożem więzy na jej rękach i zawiązałem nowe, tym razem z przodu. Jakoś kierować koniem musiała.
– Nie tak mocno, bratan – zawołał Rogozin z siodła. – Poluźnij je trochę, bidulce...
Spełniłem jego polecenie. Zastanowiło mnie, dlaczego tak się o nią martwią i troszczą. Lepiej nie myśleć, co ją spotka na pierwszym postoju. Powinna uciec, i to jak najszybciej.
Poluźniłem sznur jeszcze trochę i wsadziłem ją na konia. Ruszyliśmy.
<z deszczu pod rynnę =) Sheila?>
W odpowiedzi tylko zadrżała. Wyglądała jak siedem nieszczęść – wstrząsały nią dreszcze, błądziła wokół przerażonym wzrokiem. Była niezwykle niska, drobna. I wydawała się też bardzo krucha.
Kapeć podał mi sznur. Starając się nie dać jej szans na ucieczkę, zawiązałem go mocno na jej nadgarstkach. Chude jak patyki...
Przez tłum gapiów przebił się sprzedawca, głośno domagając się sprawiedliwości.
– Przecież zabieramy ją do ratusza – tłumaczył mu Miszka.
– Ale mój chleb, ten najlepszy, pszeniczny! Z najlepszej, południowej...
– Stul dziób – warknąłem w końcu, zirytowany. Oburzony kupiec zamilkł, zaś my powlekliśmy dziewczynę ku rynkowi głównemu Goldencoast. W pewnym momencie z oczu kapnęła jej łza.
– Hej, będzie w porządku – powiedział cicho Miszka, poruszony. Delikatnie musnął jej ramię, chcąc dodać jej otuchy. Odskoczyła jak oparzona.
Na głównej ulicy napotkaliśmy wściekłego Rogozina, który powitał nas naprawdę zachęcającą wiązanką.
– Skurwiele! Psie syny! – wrzeszczał. – Spieprzamy stąd, nie chcę tych cholerników na oczy widzieć!
– Ale złapaliśmy złodziejkę... Zapłata... – powiedział nieśmiało Miszka.
– Jebać zapłatę! Spierdalamy! – wydarł się Rogozin i ruszył zamaszystym krokiem ku gospodzie, w której trzymaliśmy konie. To już musi być poważniejsza sprawa, zazwyczaj Rogozin nie wyrażał się tak lekceważąco o pieniądzach. Szczególnie, gdy był spłukany.
Nie bardzo wiedząc, co zrobić, poszliśmy za nim wraz z oszołomioną dziewczyną. Prawdopodobnie nie była przyzwyczajona do takiej dawki przekleństw za jednym zamachem.
Cała grupa Rogozina czekała już na koniach. Niespokojnego Siwego trzymał stajenny. Koń rżał, tańczył i usiłował się wyrwać. Pomyślałem o czekającej mnie rozprawie z koniem i westchnąłem.
– Macie jakiegoś wolnego dla dziewczyny? – zawołał tymczasem Miszka, spoglądając na nią z troską. Spodobała mu się. Reszcie grupy chyba także, ponieważ zaraz wyprowadzili ze stajni zgrabną, jabłkowitą klaczkę.
Rozciąłem nożem więzy na jej rękach i zawiązałem nowe, tym razem z przodu. Jakoś kierować koniem musiała.
– Nie tak mocno, bratan – zawołał Rogozin z siodła. – Poluźnij je trochę, bidulce...
Spełniłem jego polecenie. Zastanowiło mnie, dlaczego tak się o nią martwią i troszczą. Lepiej nie myśleć, co ją spotka na pierwszym postoju. Powinna uciec, i to jak najszybciej.
Poluźniłem sznur jeszcze trochę i wsadziłem ją na konia. Ruszyliśmy.
<z deszczu pod rynnę =) Sheila?>
wtorek, 25 marca 2014
Od Siergieja, Quest 2
Wieczór był już prawdziwie wiosenny. Ciepło, niebo bezchmurne. Całe miasto spowił łagodny blask księżyca. Jak pięknie, naprawdę cudownie.
Powoli, noga za nogą, wlokłem się w stronę pałacu królewskiego. W celach czysto samobójczych – miałem zabić króla. Dlaczego ja się zawsze zgadzam na każde zadanie po usłyszeniu tylko o obiecanej zapłacie?
Tym razem zleceniodawca dopadł mnie w karczmie. Siedział w najciemniejszym kącie, a twarz miał zasłoniętą kapturem. Nie wiem dlaczego, ale od razu zwrócił moją uwagę. W jego sylwetce było coś podejrzanego, coś... Niepokojącego.
Przysiadł się do mnie niemalże od razu.
– Najemnik – ni to spytał, ni to oznajmił. Na razie milczałem.
– Mam robotę – rzucił jeszcze, bacznie mi się przyglądając. Dalej nie odpowiadałem, po cichu licząc na dokładniejsze informacje.
– Dziesięć tysięcy.
– Ile...? – wykrztusiłem. To była po prostu fortuna.
– Bierzesz?
– Jasne. O co chodzi?
Radosna lekkomyślność. Nigdy więcej.
– Zabij króla – powiedział cicho. Zmroziło mnie. Facet siedział spokojnie, świdrując mnie wzrokiem. Co on powiedział...? Zabić...
– Jestem najemnikiem, nie zabójcą – odparłem po chwili.
Wtedy mężczyzna wyjął sztylet i wbił go w stół.
– Nie myśl, że jesteś nietykalny, Karajew – warknął. Zastanowiło mnie, skąd on wie, jak się nazywam. – Każdy musi czasami spać. A wtedy...
Nie musiał kończyć. Kiwnąłem powoli głową, wstałem i opuściłem karczmę. Niech on się martwi o rachunek, ja mam poważniejsze problemy.
Więc zabić. Jak? Kiedy? Iść od razu, za ciosem? Nie, nie mogło się udać, byłem wpół pijany. W ogóle nie mogło się udać, nawet na trzeźwo. To bez sensu.
Zacząłem rozważać kwestię ucieczki z miasta, od razu. Czy mogłem liczyć na pomoc Rogozina i jego kwiatków? Nie, zdecydowanie nie. Nikomu nie wolno ufać, a już szczególnie Rogozinowi.
Została tylko jedna opcja. Iść od razu i liczyć na to, że król i cała reszta mieszkańców zamku uchlała się w trupa.
***
– Jutro będziesz sądzony – poinformował mnie usłużnie strażnik, zamykając drzwi celi. – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pojutrze cię przesłuchają, a za dwa dni egzekucja. Miłej nocy.
Klnąc pod nosem, opadłem na zimną podłogę. Wszystko poszło możliwie najgorzej, za dwa dni zginę, a wszystko przez własną głupotę. I tamtego z karczmy, psia jego mać.
Moje położenie było beznadziejne. Nie miałem jak uciec, a obronić się też nie dam rady. Chyba, że zażądam próby walki...
Nie zgodzą się. Albo zgodzą i wyślą jakiegoś żołnierza w pełnej zbroi, a mnie dadzą tylko włócznię, za ciężki miecz czy coś równie użytecznego. Nie.
Mogłem także spróbować przekupić strażnika. Tylko czym? Nie posiadałem niczego wartościowego, poza Siwym. Chociaż Siwy też jakoś szczególnie cenny nie jest. Nie, do dupy ta opcja.
Mogę także spróbować sprowadzić pomoc z zewnątrz. Szkoda tylko, że nie mam jak i kogo. Całe życie radziłem sobie sam, teraz też coś muszę wykombinować!
Jak zwykle, nic mi się nie udało wymyślić, gdy naprawdę potrzebowałem ratunku. Rozważanie trwały aż do rana, gdy strażnik wyprowadził mnie z celi na proces...
***
Głupi ma szczęście. Najwyraźniej jestem bardzo głupi, ponieważ szczęście mi wyjątkowo dopisało.
Gdy szliśmy korytarzem do sali tronowej, nagle usłyszeliśmy głośne krzyki. Zaraz potem dźwięk dzwonów.
– Przewrót w stolicy! Wszyscy do broni!
Zrobiło się niewyobrażalne zamieszanie. Ze wszystkich drzwi wylęgli żołnierze i mnóstwo innych (niepotrzebnych) ludzi, którzy krzyczeli i biegali we wszystkich kierunkach, potęgując chaos. Mój strażnik zagubił się w tym molochu.
Wmieszałem się w grupkę żołnierzy biegnących na zewnątrz, starając się jakoś zminimalizować widoczność więzów na rękach. Na moje szczęście, wszyscy byli zbyt zaaferowani, aby to nawet zauważyć.
Z bram pałacu wydostałem się na ulicę. Przez chwilę jeszcze towarzyszyłem żołnierzom, po czym skręciłem w jakąś uliczkę. Po raz kolejny doświadczyłem niezwykłego wręcz farta – żebrak, za opłatą kilu drobnych monet, rozciął krępujące mnie więzy. Nożem, którego strażnicy nie zauważyli i mi nie odebrali.
W przewrocie uczestniczyłem już czysto rekreacyjnie i jako wolny człowiek. Jednak czuję, że tajemniczy mężczyzna z karczmy nie odpuści i najwyższa pora przestać rozpowszechniać swoje nazwisko.
Ostatecznie... Jaką różnicę komuś robi, czy zwraca się do mnie per Zima czy po imieniu?
Powoli, noga za nogą, wlokłem się w stronę pałacu królewskiego. W celach czysto samobójczych – miałem zabić króla. Dlaczego ja się zawsze zgadzam na każde zadanie po usłyszeniu tylko o obiecanej zapłacie?
Tym razem zleceniodawca dopadł mnie w karczmie. Siedział w najciemniejszym kącie, a twarz miał zasłoniętą kapturem. Nie wiem dlaczego, ale od razu zwrócił moją uwagę. W jego sylwetce było coś podejrzanego, coś... Niepokojącego.
Przysiadł się do mnie niemalże od razu.
– Najemnik – ni to spytał, ni to oznajmił. Na razie milczałem.
– Mam robotę – rzucił jeszcze, bacznie mi się przyglądając. Dalej nie odpowiadałem, po cichu licząc na dokładniejsze informacje.
– Dziesięć tysięcy.
– Ile...? – wykrztusiłem. To była po prostu fortuna.
– Bierzesz?
– Jasne. O co chodzi?
Radosna lekkomyślność. Nigdy więcej.
– Zabij króla – powiedział cicho. Zmroziło mnie. Facet siedział spokojnie, świdrując mnie wzrokiem. Co on powiedział...? Zabić...
– Jestem najemnikiem, nie zabójcą – odparłem po chwili.
Wtedy mężczyzna wyjął sztylet i wbił go w stół.
– Nie myśl, że jesteś nietykalny, Karajew – warknął. Zastanowiło mnie, skąd on wie, jak się nazywam. – Każdy musi czasami spać. A wtedy...
Nie musiał kończyć. Kiwnąłem powoli głową, wstałem i opuściłem karczmę. Niech on się martwi o rachunek, ja mam poważniejsze problemy.
Więc zabić. Jak? Kiedy? Iść od razu, za ciosem? Nie, nie mogło się udać, byłem wpół pijany. W ogóle nie mogło się udać, nawet na trzeźwo. To bez sensu.
Zacząłem rozważać kwestię ucieczki z miasta, od razu. Czy mogłem liczyć na pomoc Rogozina i jego kwiatków? Nie, zdecydowanie nie. Nikomu nie wolno ufać, a już szczególnie Rogozinowi.
Została tylko jedna opcja. Iść od razu i liczyć na to, że król i cała reszta mieszkańców zamku uchlała się w trupa.
***
– Jutro będziesz sądzony – poinformował mnie usłużnie strażnik, zamykając drzwi celi. – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pojutrze cię przesłuchają, a za dwa dni egzekucja. Miłej nocy.
Klnąc pod nosem, opadłem na zimną podłogę. Wszystko poszło możliwie najgorzej, za dwa dni zginę, a wszystko przez własną głupotę. I tamtego z karczmy, psia jego mać.
Moje położenie było beznadziejne. Nie miałem jak uciec, a obronić się też nie dam rady. Chyba, że zażądam próby walki...
Nie zgodzą się. Albo zgodzą i wyślą jakiegoś żołnierza w pełnej zbroi, a mnie dadzą tylko włócznię, za ciężki miecz czy coś równie użytecznego. Nie.
Mogłem także spróbować przekupić strażnika. Tylko czym? Nie posiadałem niczego wartościowego, poza Siwym. Chociaż Siwy też jakoś szczególnie cenny nie jest. Nie, do dupy ta opcja.
Mogę także spróbować sprowadzić pomoc z zewnątrz. Szkoda tylko, że nie mam jak i kogo. Całe życie radziłem sobie sam, teraz też coś muszę wykombinować!
Jak zwykle, nic mi się nie udało wymyślić, gdy naprawdę potrzebowałem ratunku. Rozważanie trwały aż do rana, gdy strażnik wyprowadził mnie z celi na proces...
***
Głupi ma szczęście. Najwyraźniej jestem bardzo głupi, ponieważ szczęście mi wyjątkowo dopisało.
Gdy szliśmy korytarzem do sali tronowej, nagle usłyszeliśmy głośne krzyki. Zaraz potem dźwięk dzwonów.
– Przewrót w stolicy! Wszyscy do broni!
Zrobiło się niewyobrażalne zamieszanie. Ze wszystkich drzwi wylęgli żołnierze i mnóstwo innych (niepotrzebnych) ludzi, którzy krzyczeli i biegali we wszystkich kierunkach, potęgując chaos. Mój strażnik zagubił się w tym molochu.
Wmieszałem się w grupkę żołnierzy biegnących na zewnątrz, starając się jakoś zminimalizować widoczność więzów na rękach. Na moje szczęście, wszyscy byli zbyt zaaferowani, aby to nawet zauważyć.
Z bram pałacu wydostałem się na ulicę. Przez chwilę jeszcze towarzyszyłem żołnierzom, po czym skręciłem w jakąś uliczkę. Po raz kolejny doświadczyłem niezwykłego wręcz farta – żebrak, za opłatą kilu drobnych monet, rozciął krępujące mnie więzy. Nożem, którego strażnicy nie zauważyli i mi nie odebrali.
W przewrocie uczestniczyłem już czysto rekreacyjnie i jako wolny człowiek. Jednak czuję, że tajemniczy mężczyzna z karczmy nie odpuści i najwyższa pora przestać rozpowszechniać swoje nazwisko.
Ostatecznie... Jaką różnicę komuś robi, czy zwraca się do mnie per Zima czy po imieniu?
sobota, 22 marca 2014
Od Siergieja, Quest 3
Otaczała mnie ciemność. Nie widziałem nawet czubka własnego miecza, nie mówiąc już o otaczających mnie postaciach. Bo ktoś musiał tam być. Czułem czyjąś obecność.
I na co mi był ten spacer w góry?!
Namówił mnie, oczywiście, Rogozin. Stary dziad zażądał odnalezienia jakiegoś patałacha, zapalonego botanika, który poszedł po składniki do leczniczego eliksiru rosnące w wysokich górach i nie wrócił.
– Ja go potrzebuję, bratan – powiedział Rogozin z naciskiem. – Tego chłopaka i tego eliksiru. Zapłacę.
To był decydujący argument. Chyba muszę wreszcie zacząć jakoś przebierać w zleceniach, a nie zgadzać się od razu po magicznym słowie „zapłacę”. Szczególnie, jeśli chodzi o coś, co nie polega na wywijaniu mieczem.
Na początku było całkiem przyjemnie. Pominąwszy fakt, że musiałem pojechać konno. Siwy najpierw nie chciał ruszyć, potem nie chciał skręcić, następnie nie chciał zwolnić. W końcu zrobiłem prymitywny palcat z gałęzi i walnąłem go w ten leniwy zad. Uspokoił się.
Ślady chłopaka były całkiem wyraźne. Odbiły się głęboko w wilgotnej ziemi, widziałem je nawet z wysokości siodła. Mogły być całkiem świeże, chociaż, szerze mówiąc, znam się na tropieniu jak wielbłąd na skrzypcach.
Problemy zaczęły się wyżej. Po pierwsze, podłoże było twarde i dla odmiany nie widziałem żadnych śladów. Po drugie, Siwy miał lęk wysokości. Zrzucił mnie przy pierwszej lepszej okazji i pognał na dół. Dalej musiałem iść piechotą.
Po trzech godzinach zacząłem przeklinać siebie, Rogozina, Siwego i całą resztę świata. Bolały mnie nogi, kusza i miecz ciążyły, śladów nie było żadnych, a na dodatek zaczęło kropić. Lepiej być nie mogło.
Następne pół godziny pokazało, że jednak mogło. Drobny deszczyk przeistoczył się w ulewę, ulewa – w burzę. Z gradobiciem.
Zgięty w pół, na oślep macałem ścianę szukając choćby najmarniejszej wnęki. Kule lodu spadające z nieba robiły się coraz większe. Bałem się o życie, po raz pierwszy od tylu lat. Nie cierpię tego uczucia.
Niespodziewanie ściana się skończyła i wręcz wpadłem do jakiejś groty. Było w niej bardzo ciemno, jedynie światło błyskawic rozświetlało jej wnętrze. Niestety, grota nie zapewniała ochrony przed wiatrem i deszczem. Chociaż nie dostawałem po plecach i głowie kulami lodu, mokro i zimno było dalej. Chciałem znaleźć suchsze miejsce, więc ruszyłem w głąb groty.
Nagle zrobiło się cicho, jak nożem uciął. Nie słyszałem już deszczu, gradu ani grzmotów. Ciemność zgęstniała. Powoli wysunąłem miecz z pochwy. Nic nie widziałem, ale jednego byłem pewien – nie jestem sam.
Coś się ruszyło za mną. Błyskawicznie się obróciłem i próbowałem wytężyć wzrok, jednak nic nie dostrzegłem. Znowu coś się ruszyło za moimi plecami. Gdy się ponownie odwróciłem, ruch za mną się powtórzył. Wtedy zrozumiałem, że jestem otoczony.
Cios był szybki, cichy i podstępny. Poczułem nagły ból z tyłu głowy, zmiękłem w kolanach. I zemdlałem.
***
– Ech, Karajew, Karajew. Ty to się jednak do niczego nie nadajesz.
Usłyszawszy znajomy głos, otworzyłem oczy. Znajdowałem się w jakimś pokoju, zapakowany do łóżka. Głowa mi pulsowała. Rogozin siedział obok i patrzył na mnie z rozbawieniem. Byliśmy sami.
– Znalazłeś chłopaka, to trzeba ci przyznać – ciągnął dalej Rogozin, nie zważając na moje kompletne zdezorientowanie. Znalazłem...? Kiedy? Jak? – Szkoda tylko, że martwego. Swoją drogą, myśleliśmy, że ty też jesteś martwy, bratan. Jak twoja szkapa przybiegła, tośmy się nastrachali. I ta burza cholerna. A łeb toś sobie paskudnie rozwalił. Co ci się stało, hę? Karajew?
Zamknąłem oczy. Nikt nie musi wiedzieć o cieniach z tajemniczej groty. Jednego byłem pewien – nigdy tam nie wrócę. Do Groty Cieni, w której omal nie zginąłem.
I na co mi był ten spacer w góry?!
Namówił mnie, oczywiście, Rogozin. Stary dziad zażądał odnalezienia jakiegoś patałacha, zapalonego botanika, który poszedł po składniki do leczniczego eliksiru rosnące w wysokich górach i nie wrócił.
– Ja go potrzebuję, bratan – powiedział Rogozin z naciskiem. – Tego chłopaka i tego eliksiru. Zapłacę.
To był decydujący argument. Chyba muszę wreszcie zacząć jakoś przebierać w zleceniach, a nie zgadzać się od razu po magicznym słowie „zapłacę”. Szczególnie, jeśli chodzi o coś, co nie polega na wywijaniu mieczem.
Na początku było całkiem przyjemnie. Pominąwszy fakt, że musiałem pojechać konno. Siwy najpierw nie chciał ruszyć, potem nie chciał skręcić, następnie nie chciał zwolnić. W końcu zrobiłem prymitywny palcat z gałęzi i walnąłem go w ten leniwy zad. Uspokoił się.
Ślady chłopaka były całkiem wyraźne. Odbiły się głęboko w wilgotnej ziemi, widziałem je nawet z wysokości siodła. Mogły być całkiem świeże, chociaż, szerze mówiąc, znam się na tropieniu jak wielbłąd na skrzypcach.
Problemy zaczęły się wyżej. Po pierwsze, podłoże było twarde i dla odmiany nie widziałem żadnych śladów. Po drugie, Siwy miał lęk wysokości. Zrzucił mnie przy pierwszej lepszej okazji i pognał na dół. Dalej musiałem iść piechotą.
Po trzech godzinach zacząłem przeklinać siebie, Rogozina, Siwego i całą resztę świata. Bolały mnie nogi, kusza i miecz ciążyły, śladów nie było żadnych, a na dodatek zaczęło kropić. Lepiej być nie mogło.
Następne pół godziny pokazało, że jednak mogło. Drobny deszczyk przeistoczył się w ulewę, ulewa – w burzę. Z gradobiciem.
Zgięty w pół, na oślep macałem ścianę szukając choćby najmarniejszej wnęki. Kule lodu spadające z nieba robiły się coraz większe. Bałem się o życie, po raz pierwszy od tylu lat. Nie cierpię tego uczucia.
Niespodziewanie ściana się skończyła i wręcz wpadłem do jakiejś groty. Było w niej bardzo ciemno, jedynie światło błyskawic rozświetlało jej wnętrze. Niestety, grota nie zapewniała ochrony przed wiatrem i deszczem. Chociaż nie dostawałem po plecach i głowie kulami lodu, mokro i zimno było dalej. Chciałem znaleźć suchsze miejsce, więc ruszyłem w głąb groty.
Nagle zrobiło się cicho, jak nożem uciął. Nie słyszałem już deszczu, gradu ani grzmotów. Ciemność zgęstniała. Powoli wysunąłem miecz z pochwy. Nic nie widziałem, ale jednego byłem pewien – nie jestem sam.
Coś się ruszyło za mną. Błyskawicznie się obróciłem i próbowałem wytężyć wzrok, jednak nic nie dostrzegłem. Znowu coś się ruszyło za moimi plecami. Gdy się ponownie odwróciłem, ruch za mną się powtórzył. Wtedy zrozumiałem, że jestem otoczony.
Cios był szybki, cichy i podstępny. Poczułem nagły ból z tyłu głowy, zmiękłem w kolanach. I zemdlałem.
***
– Ech, Karajew, Karajew. Ty to się jednak do niczego nie nadajesz.
Usłyszawszy znajomy głos, otworzyłem oczy. Znajdowałem się w jakimś pokoju, zapakowany do łóżka. Głowa mi pulsowała. Rogozin siedział obok i patrzył na mnie z rozbawieniem. Byliśmy sami.
– Znalazłeś chłopaka, to trzeba ci przyznać – ciągnął dalej Rogozin, nie zważając na moje kompletne zdezorientowanie. Znalazłem...? Kiedy? Jak? – Szkoda tylko, że martwego. Swoją drogą, myśleliśmy, że ty też jesteś martwy, bratan. Jak twoja szkapa przybiegła, tośmy się nastrachali. I ta burza cholerna. A łeb toś sobie paskudnie rozwalił. Co ci się stało, hę? Karajew?
Zamknąłem oczy. Nikt nie musi wiedzieć o cieniach z tajemniczej groty. Jednego byłem pewien – nigdy tam nie wrócę. Do Groty Cieni, w której omal nie zginąłem.
Od Siergieja (opowiadanie z perspektywy towarzysza)
Tamtego dnia ludzie znowu zabrali mnie na targ. W sumie byłem do tego przyzwyczajony i nie działo się nic nadzwyczajnego: przychodzili inni ludzie, coś tam seplenili, czasem zabierali któregoś z moich towarzyszy za mały woreczek. Na mnie nigdy nie padło, zadbałem o to – ostatni, który (pobrzękując woreczkiem) wskazał na mnie, dostał kopniaka. Odtąd jakoś brakowało amatorów.
Po kilku godzinach zostałem tylko ja, jeden pociągowy imieniem Karaś oraz drobna, pełnokrwista Płoszka. Byłem pewien, że już wrócimy do stajni. Przecież zostaliśmy tylko we trójkę, a Płoszkę już bolały nogi i zaczęła wierzgać. Wtedy, ku mojej irytacji, podeszło jeszcze dwóch facetów.
Jeden z nich był mały i brodaty, z twarzą całą naznaczoną paskudnymi bliznami. Drugi zaś wysoki, barczysty i czarnowłosy. Nie spodobali mi się.
– Aj, słaby wybór – oznajmił brodaty. – To wszystkie wasze szkapy? Skąd są?
– Niestety tylko te zostały, panie – pośpieszył z odpowiedzą handlarz. – Siwy i klacz z Blackmill, a duży z okolic Northsage. Jakiego konia potrzebujesz, panie?
– Wierzchowca. Wytrzymałego i niepłochliwego – powiedział cicho ten drugi, uprzedzając brodacza.
Handlarz zamyślił się.
– Duży na pewno nie na wierzchowca. To wytrzymały koń, ale do pługa. Klacz szybka i skoczna, ale płochliwa, kapryśna. A siwy... – Westchnął. – A siwy dobry koń do polowań. Tylko...
– Tylko? – pochwycił nieufnie obcy.
– Tylko... Charakter... No... Taki jest...
– Nie kręcić mi tu – upomniał go surowo brodacz.
– Diabeł wcielony – powiedział handlarz z bezradnym uśmiechem. – Gryzie. Kopie. Nie słucha. Nikt go nie chce kupić.
Brodacz wyraźnie zmarkotniał i zwrócił się do swojego towarzysza.
– No, Zima, decyzja. Potrzeba konia, a jeśli tylko takie zostały... Tego dużego lepiej nie, skoro nie przyuczony do siodła. Skoro klacz płochliwa, to też się nie nada. Oszaleje podczas pierwszej lepszej jatki. Czyli tylko siwy został...
Zima westchnął rozdzierająco.
– Niech to cholera. Ile?
– Ja to bym za niego dopłacił – Handlarzowi zebrało się na szczerość. – Niech pan darmo bierze, i dzięki stokrotne. Już się zastanawiałem nad urżnięciem dziada, póki mięso młode...
Zima skrzywił się i podszedł do mnie. Moment, moment, to on mnie zabiera? A co z woreczkiem? Nie, ja nie chcę!
Zerwałem się gwałtownie w bok i wyrzuciłem kopyta w tył. Tak mocno, jak tylko potrafiłem. Jednak Zima zrobił zgrabny unik. Nie poddałem się, próbowałem dalej. Mężczyzna ciągle był ode mnie szybszy i skakał wokół mnie jak jakaś irytująca mucha. Poczułem narastającą złość, nie, wściekłość! Stawałem dęba, kopałem, byleby dosięgnąć. Stratować, skopać, zabić... Zabić. Zabić. Zabić!
Dostałem zadyszki. Moje kopnięcia były coraz słabsze, podrywanie się rzadsze. Miałem już dość, walka mnie zmęczyła. Pocieszający był fakt, że Zima też już nie wyrabiał i usuwał się dosłownie w ostatniej chwili.
Nie mogłem. Już za długo. W końcu opadłem bez sił na ziemię, ciężko dysząc. Wygrał, niech go szlag, wygrał.
Po kilku godzinach zostałem tylko ja, jeden pociągowy imieniem Karaś oraz drobna, pełnokrwista Płoszka. Byłem pewien, że już wrócimy do stajni. Przecież zostaliśmy tylko we trójkę, a Płoszkę już bolały nogi i zaczęła wierzgać. Wtedy, ku mojej irytacji, podeszło jeszcze dwóch facetów.
Jeden z nich był mały i brodaty, z twarzą całą naznaczoną paskudnymi bliznami. Drugi zaś wysoki, barczysty i czarnowłosy. Nie spodobali mi się.
– Aj, słaby wybór – oznajmił brodaty. – To wszystkie wasze szkapy? Skąd są?
– Niestety tylko te zostały, panie – pośpieszył z odpowiedzą handlarz. – Siwy i klacz z Blackmill, a duży z okolic Northsage. Jakiego konia potrzebujesz, panie?
– Wierzchowca. Wytrzymałego i niepłochliwego – powiedział cicho ten drugi, uprzedzając brodacza.
Handlarz zamyślił się.
– Duży na pewno nie na wierzchowca. To wytrzymały koń, ale do pługa. Klacz szybka i skoczna, ale płochliwa, kapryśna. A siwy... – Westchnął. – A siwy dobry koń do polowań. Tylko...
– Tylko? – pochwycił nieufnie obcy.
– Tylko... Charakter... No... Taki jest...
– Nie kręcić mi tu – upomniał go surowo brodacz.
– Diabeł wcielony – powiedział handlarz z bezradnym uśmiechem. – Gryzie. Kopie. Nie słucha. Nikt go nie chce kupić.
Brodacz wyraźnie zmarkotniał i zwrócił się do swojego towarzysza.
– No, Zima, decyzja. Potrzeba konia, a jeśli tylko takie zostały... Tego dużego lepiej nie, skoro nie przyuczony do siodła. Skoro klacz płochliwa, to też się nie nada. Oszaleje podczas pierwszej lepszej jatki. Czyli tylko siwy został...
Zima westchnął rozdzierająco.
– Niech to cholera. Ile?
– Ja to bym za niego dopłacił – Handlarzowi zebrało się na szczerość. – Niech pan darmo bierze, i dzięki stokrotne. Już się zastanawiałem nad urżnięciem dziada, póki mięso młode...
Zima skrzywił się i podszedł do mnie. Moment, moment, to on mnie zabiera? A co z woreczkiem? Nie, ja nie chcę!
Zerwałem się gwałtownie w bok i wyrzuciłem kopyta w tył. Tak mocno, jak tylko potrafiłem. Jednak Zima zrobił zgrabny unik. Nie poddałem się, próbowałem dalej. Mężczyzna ciągle był ode mnie szybszy i skakał wokół mnie jak jakaś irytująca mucha. Poczułem narastającą złość, nie, wściekłość! Stawałem dęba, kopałem, byleby dosięgnąć. Stratować, skopać, zabić... Zabić. Zabić. Zabić!
Dostałem zadyszki. Moje kopnięcia były coraz słabsze, podrywanie się rzadsze. Miałem już dość, walka mnie zmęczyła. Pocieszający był fakt, że Zima też już nie wyrabiał i usuwał się dosłownie w ostatniej chwili.
Nie mogłem. Już za długo. W końcu opadłem bez sił na ziemię, ciężko dysząc. Wygrał, niech go szlag, wygrał.
Od Siergieja
Na dworze siąpił deszcz. Wszystko tonęło w paskudnym błocie. Cały świat wydawał się jakiś szary i bardziej ponury niż zwykle. Uroki wczesnej wiosny.
– Psia pogoda – zauważył półgłosem Jewłogij Rogozin, dowódca najemnego oddziału „Szkarłatne Kwiaty”. – Aż się dupy nie chce ruszyć do miasta, nie, bratan?
Kiwnąłem głową. Siedzieliśmy nad grzańcami w rogu przytulnej gospody w jakiejś zapadłej wsi. Dwa dni drogi od Goldencoast. Oprócz nas i dwóch pijanych mężczyzn pod jedną z ław gospoda była pusta – reszta kompanii Rogozina rozproszyła się po okolicznych burdelach.
– To co, Zima – Rogozin z hukiem odstawił swój kufel na stół. – Zostajesz na razie z nami czy próbujesz szczęścia w czym innym?
– A macie jakąś robotę dla mnie? – zapytałem cicho.
– Znalazłoby się coś. Ostatnio rada Goldencoast ogłosiła nabór do straży miejskiej. Nieźle płacą. Mamy zamiar się na to załapać i trochę uciułać. Wiesz, spłukani jesteśmy.
– Co konkretnie będziecie robić?
Rogozin wzruszył ramionami.
– Mają problem ze złodziejami. Szerzy się to plugastwo, że aż strach. Powyłapywać skurwieli, może trochę podziurawić. I tyle.
Chwilę się zastanawiałem. Propozycja Rogozina była kusząca, a mój budżet poważnie nadszarpnięty. Łapanie złodziei to nie najgorsza robota. A skoro nieźle płacą...
– Pojadę z wami – zadecydowałem w końcu. Rogozin uśmiechnął się, zadowolony.
– Wyjeżdżamy jutro, bratan.
***
Po dwóch dniach brnięcia w błocie brudni, niezadowoleni i przemoczeni stawiliśmy się u rady miejskiej Goldencoast. Rajcy radośnie nas przywitali, obiecali sowitą nagrodę, wypłacili lichą zaliczkę i kazali już następnego dnia iść „na łowy”.
– Skąpiradła – mruczał niezadowolony Rogozin, licząc pieniądze. – Niech ich szlag. Miejskie fircyki.
Puściłem jego gadanie mimo uszu. Mnie osobiście zaliczka w zupełności wystarczyła: miałem za co wynająć pokój w gospodzie i napić się wieczorem. Na nowy płaszcz nie starczyło.
Następnego dnia łaziliśmy całą bandą po mieście bite trzy godziny. Rogozin w końcu uznał, że to bez sensu. Podzielił nas na mniejsze grupki i kazał nie wracać bez złodzieja.
Mnie przydzielono do dwóch młodych, chyba szesnastoletnich żółtodziobów. Jeden miał na imię Miszka, a na drugiego wszyscy wołali Kapeć. Dlaczego, wolałem nie wnikać.
Ruszyliśmy do najbardziej zagrożonej dzielnicy miasta. Uznałem, że tam najłatwiej dorwać jakiegoś złodziejaszka, choćby najlichszego. Bardzo potrzebowałem nowego płaszcza.
W końcu, gdy po okrążeniu całej dzielnicy sześć i pół raza, straciliśmy już nadzieję, usłyszeliśmy głośny wrzask.
– Złodziej!!! Chwytaj, łapaj!
Przejąłem inicjatywę.
– Miszka, zablokuj tamtą przecznicę. Kapeć, ty blokuj tę z drugiej strony. Jazda!
Młodzi posłuchali mnie od razu i rozbiegli się w dwóch różnych kierunkach. Na szczęście dla nas, ów złodziej wybrała bieg w moim kierunku. Szczerze wątpię, czy któryś z moich współtowarzyszy zdołałby zatrzymać rozpędzonego faceta.
Okazało się, że to jednak była kobieta. Przytulając jakiś pakunek do łona, sadziła przez ulicę. Gdy zbliżyła się do miejsca, przy którym stałem, rzuciłem się na nią i zwaliłem z nóg. Zanim zdążyła wyjąć jakąś broń, złapałem ją za nadgarstki i wykręciłem ręce do tyłu. Wyrywała się, próbowała walczyć. Jednak była za słaba...
<która z dziewcząt dała się tak perfidnie zwalić z nóg? =)>
– Psia pogoda – zauważył półgłosem Jewłogij Rogozin, dowódca najemnego oddziału „Szkarłatne Kwiaty”. – Aż się dupy nie chce ruszyć do miasta, nie, bratan?
Kiwnąłem głową. Siedzieliśmy nad grzańcami w rogu przytulnej gospody w jakiejś zapadłej wsi. Dwa dni drogi od Goldencoast. Oprócz nas i dwóch pijanych mężczyzn pod jedną z ław gospoda była pusta – reszta kompanii Rogozina rozproszyła się po okolicznych burdelach.
– To co, Zima – Rogozin z hukiem odstawił swój kufel na stół. – Zostajesz na razie z nami czy próbujesz szczęścia w czym innym?
– A macie jakąś robotę dla mnie? – zapytałem cicho.
– Znalazłoby się coś. Ostatnio rada Goldencoast ogłosiła nabór do straży miejskiej. Nieźle płacą. Mamy zamiar się na to załapać i trochę uciułać. Wiesz, spłukani jesteśmy.
– Co konkretnie będziecie robić?
Rogozin wzruszył ramionami.
– Mają problem ze złodziejami. Szerzy się to plugastwo, że aż strach. Powyłapywać skurwieli, może trochę podziurawić. I tyle.
Chwilę się zastanawiałem. Propozycja Rogozina była kusząca, a mój budżet poważnie nadszarpnięty. Łapanie złodziei to nie najgorsza robota. A skoro nieźle płacą...
– Pojadę z wami – zadecydowałem w końcu. Rogozin uśmiechnął się, zadowolony.
– Wyjeżdżamy jutro, bratan.
***
Po dwóch dniach brnięcia w błocie brudni, niezadowoleni i przemoczeni stawiliśmy się u rady miejskiej Goldencoast. Rajcy radośnie nas przywitali, obiecali sowitą nagrodę, wypłacili lichą zaliczkę i kazali już następnego dnia iść „na łowy”.
– Skąpiradła – mruczał niezadowolony Rogozin, licząc pieniądze. – Niech ich szlag. Miejskie fircyki.
Puściłem jego gadanie mimo uszu. Mnie osobiście zaliczka w zupełności wystarczyła: miałem za co wynająć pokój w gospodzie i napić się wieczorem. Na nowy płaszcz nie starczyło.
Następnego dnia łaziliśmy całą bandą po mieście bite trzy godziny. Rogozin w końcu uznał, że to bez sensu. Podzielił nas na mniejsze grupki i kazał nie wracać bez złodzieja.
Mnie przydzielono do dwóch młodych, chyba szesnastoletnich żółtodziobów. Jeden miał na imię Miszka, a na drugiego wszyscy wołali Kapeć. Dlaczego, wolałem nie wnikać.
Ruszyliśmy do najbardziej zagrożonej dzielnicy miasta. Uznałem, że tam najłatwiej dorwać jakiegoś złodziejaszka, choćby najlichszego. Bardzo potrzebowałem nowego płaszcza.
W końcu, gdy po okrążeniu całej dzielnicy sześć i pół raza, straciliśmy już nadzieję, usłyszeliśmy głośny wrzask.
– Złodziej!!! Chwytaj, łapaj!
Przejąłem inicjatywę.
– Miszka, zablokuj tamtą przecznicę. Kapeć, ty blokuj tę z drugiej strony. Jazda!
Młodzi posłuchali mnie od razu i rozbiegli się w dwóch różnych kierunkach. Na szczęście dla nas, ów złodziej wybrała bieg w moim kierunku. Szczerze wątpię, czy któryś z moich współtowarzyszy zdołałby zatrzymać rozpędzonego faceta.
Okazało się, że to jednak była kobieta. Przytulając jakiś pakunek do łona, sadziła przez ulicę. Gdy zbliżyła się do miejsca, przy którym stałem, rzuciłem się na nią i zwaliłem z nóg. Zanim zdążyła wyjąć jakąś broń, złapałem ją za nadgarstki i wykręciłem ręce do tyłu. Wyrywała się, próbowała walczyć. Jednak była za słaba...
<która z dziewcząt dała się tak perfidnie zwalić z nóg? =)>
piątek, 21 marca 2014
Nowy członek, Sirgiej!

SIERGIEJ KARAJEW
Subskrybuj:
Posty (Atom)